CCC – ciśnij, ciśnij, celebruj!

Dominika Gorzkowska Bieganie

Start w CCC był dla mnie najważniejszy w tym sezonie. Jak każdemu biegaczowi, marzy mi się UTMB, ale postanowiłem iść do celu małymi krokami. Tegoroczne starty podporządkowałem pod ten jeden cel. Po maratonie na Murze Chińskim przyplątała się kontuzja, która skutecznie uniemożliwiała mi bieganie na najwyższym poziomie. W planach był miesiąc w Alpach, także skupiłem się na regeneracji i dojściu do pełnej sprawności. Cały lipiec spędziłem we Francji, w tym jakiś czas na wysokości 2 tyś. metrów n.p.m, a potem w Chamonix. W międzyczasie poznawałem trasę CCC. I to miało kluczowe znaczenie.

Przyznam, że po rekonesansie stwierdziłem, że trasa jest bardzo trudna i jeśli złamię 12h to będzie naprawdę dobrze. Lista startowa była naprawdę imponująca, także wiedziałem, że czekają mnie ciężkie zawody. Na starcie stanąłem bardzo skoncentrowany i zmotywowany. Jeszcze przed snem w głowie przypominałem sobie całą trasę, każdą górkę, zbieg, rozkminiałem gdzie odpuścić, a gdzie przycisnąć. I nie dać ponieść się emocjom i robić swoje.

Obok mnie w pierwszym rzędzie stali Ludovic Pommeret, Heyden Hawks, Rayan Sanders, Tom Owens, El Morabity i wielu innych mocarzy. Brałbym miejsce w pierwszej 10 w ciemno.

Ruszyliśmy. Poleciałem z przodu.. przynajmniej mam ładne zdjęcie ze startu 😉 Pierwsze 3 km prowadziłem, ale potem dałem wykazać się rywalom. Na początkowym etapie biegu chciałem zadbać o jedzenie i picie. Pierwsze podejście i od razu żel. Trzeba mieć energię. Na punkcie kontrolnym byłem 15, ale wszyscy byliśmy blisko siebie. Noga podawała jak nigdy. Czułem moc na podejściach, a na zbiegach też nie odpuszczałem. Leciałem swoje i przy okazji wyprzedzałem kolejnych zawodników. W La Fouly kibicowali mi Polacy, dostałem informacje o miejscu i stracie. Cisnąłem dalej. Biegłem do Champexu, wiedziałem, że tam czeka na mnie Basia i jedzenie 🙂 Tam byłem już na trzeciej pozycji z niewielką stratą (6 min.) do drugiego Ludovica. Uzupełniłem zapasy, zjadłem trochę kaszy, polałem głowę zimną wodą i poleciałem dalej.

Najpierw asfalt, potem szutrowa trasa lekko pod górkę. Wiedziałem, że tu trzeba biec a nie iść, to jak droga ze Szczawnika na Wierchomlę, potem było podejście. Otaczająca mgła sprawiła, że nie widziałem za wiele. Nagle zobaczyłem przede mną, że ktoś idzie, pomyślałem, że to pewnie turysta, albo ktoś robi trening. Zbliżyłem się bardziej, patrzę, a tam na nogach gość ma Hoki, a na sobie numer startowy. Nie wierzyłem że doszedłem Pommereta! Za chwilę miał się zacząć zbieg, więc pomyślałem, że trzeba go wyprzedzić, bo nie lubię na zbiegach być za kimś. Dostałem skrzydeł. Wyprzedziłem, biegłem swoje dalej. Ludovic próbował się mnie trzymać, ale już w Triencie miałem ponad minutę przewagi. Tu znowu zobaczyłem kibiców, znajomych. Dostałem dobre słowo oraz porządny support 😉 Wiedziałem, że jestem drugi.
Punkt w Vallorcine to ostanie miejsce gdzie widziałem Basię. Stąd pozostawało jeszcze trochę kilometrów i zbieg z La Flegere do Chamonix. Teraz trzeba było pokonać odcinek, którego nie znałem, bo w ostatniej chwili zmienili trasę. Ten odcinek był nieprzyjemny. Szybko uzupełniłem braki. Support zajmował nam ok 1-2 min. Wiedziałem, że mam drugie miejsce. Na zbiegu uważałem, żeby dolecieć w całości. Już zdarzyły mi się wywrotki na trasie i nie chciałem stracić swojej pozycji przez głupie potknięcie. Amerykanin przede mną był ładny kawałek i wiedziałem, że już go nie dogonię. W końcu Chamonix!

Takich braw, oklasków i fety chyba nigdy nie widziałem i nie miałem!!! Kolega dał mi flagę. Z dumą wleciałem z nią na metę. Cieszyłem się jak dziecko, co chyba widzieliście oglądając relację na żywo 🙂 I te słowa ‚Enjoy Marcin, this is your moment!” To był dla mnie piękny bieg. Nawet nie marzyłem, że uda mi się zrobić taki wynik i zająć drugie miejsce. Tak układanka pod tytułem Ultra mi sprzyjała i wszytko do siebie pasowało!

 

Marcin Świerc na trasie CCC Marcin Świerc na trasie CCC Marcin Świerc na trasie CCC Marcin Świerc na trasie CCC Marcin Świerc na trasie CCC
\