Pierwszy start w Pucharze Świata czyli na świeżo po Transvulcani…

SODA Studio Uncategorized

To było moje największe dotychczasowe wyzwanie. Pod względem obsady, terenu, temperatury i wielu innych czynników. Pierwszy start w Pucharze Świata zakończyłem na 10 miejscu – to mnie naprawdę miło zaskoczyło. Okres poprzedzający bieg nie napawał optymizmem: kontuzja, potem przerwa i inne zawirowania. Nigdy przecież nie biegałem na takiej wysokości, nie miałem obozu w tym roku, jestem tylko pasjonatem. Pierwszy trening po kontuzji to była mordęga przecież. Czułem się wtedy gorzej niż obecnie po tak wyczerpującym biegu. Ale na szczęście wszystko w końcu zagrało: taktyka, taktyka żywieniowa, motywacja i determinacja. Nie miałem kryzysów energetycznych, choć nic nie mogłem przełknąć. Śniadanie zjadłem na siłę, więc zostało tylko picie… Na każdym punkcie poprawiałem swoją pozycję, to też nakręca. A jak jeszcze się mijało ludzi z numerami 1–50, to już w ogóle. Wszak to elita, startowali z pierwszej linii, a ja musiałem walczyć o przebicie się do przodu, na 7 km byłem dopiero w okolicach 35 pozycji… Ale systematycznie przebijałem się do przodu. Co do trasy – już na pierwszych 18 km straszny popiół, żużel, piach wulkaniczny i inne cuda, później już lasy z sosną kanaryjską, a na grani skalisto. Oczywiście, jak to u mnie, bieg bez upadku to bieg stracony – na szczęście tylko sprzęt trochę ucierpiał. Ale jeszcze się zmobilizowałem i walczyłem z czasem. Cieszę się, że udało się złamać 8 h ;), a jeszcze ostanie 6,3 km szybciej niż Kilian – to znak, że się dopiero rozpędzałem… 😉

Dziękuję wszystkim, którzy mi kibicowali i wspierali!