W krainie kangurów czyli Ultra Trail Australia

Barbara Świerc Bieganie

Start w Australii był moim marzeniem od kilku lat, a w tym roku mogłem je zrealizować. I to razem z Basią. Sam bieg ma dużą historię i renomę. Jest to największy bieg w Australii i wielu mocarzy właśnie z Nowej Zelandii i Australii szykuje się do tego startu. Do Europy mają daleko oraz dosyć drogo. Także tym razem to my ich odwiedziliśmy.

        

Australia Ultra Trail ma  swojej historii gościł już wielu mocarzy, wygrywał m.in. Kilan Jornet, a w biurze zawodów jest cała aleja gwiazd które zwyciężała poprzednie edycje. Triumfator wygrywa złotą klamrę i tylko on- także to też jest motywacja. Dzięki cyklowi UTWT zostałem zaproszony do elity, wywiady, spotkania to wszystko trzeba było zrobić 😉 Dzień przed moim startem biegnie Jakub nasz opiekun w Australii i Basia, mają dystans 20 km do pokonania, Kuba bije swoją życiówkę, Basia kończy w dobrym humorze. Mamy domek cały Polaków, wiec atmosfera też mobilizuje. Możemy spokojnie spędzić razem czas.

Następnego dnia nad ranem start . Także na tych zawodach znowu znaleźli się szaleńcy, którzy zaczynają w oszałamiającym tempie. Vlad z Australii rusza jak szalony, ja na pierwszym punkcie jestem na 5 miejscu, i myślę sobie no to grubo… będzie bardzo trudno. Trasa nie należała do technicznych w pierwszej części, dlatego predysponowała biegaczy ulicznych. Vlad przygotowuje się do maratonu na igrzyskach wiec wiedziałem, że muszę go gonić ale spokojnie bo w drugiej części będzie trudniej. Kiedy już zaczyna się więcej gór, schodów na końcu pierwszej pętli, widzę Vlada i wiem, że go za chwilę wyprzedzę. Ja się dopiero rozkręcałem i wchodziłem na dobre obroty. Był jak zwierzyna i jako myśliwy wiedziałem, że zaraz padnie. Tak też się stało na punkcie na 46 km Vlad wpada pierwszy, ja jako drugi kilka sekund później -ale to mój support robi dobrą robotę i wybiegam jako pierwszy.

Vlad mnie dogania i próbuje trzymać przez kilka km, jednak jak zaczynają się schody, teren techniczny gdzie czuję się jak ryba w wodzie, on nie dotrzymuje mi kroku. Ostatecznie schodzi z trasy. I teraz ja staję się zwierzyną a myśliwi mnie gonią, i rzeczywiście tak było. Za mną toczyła się mocna walka o podium, nawet na 78km na pkt mam tylko może 2 min przewagi nad lokalnym mocarzem który brał udział w wszystkich edycjach i ma dziś swój dzień konia. Goni niesamowicie. Ale zaczyna się zbieg i później długi podbieg. Do pełni szczęścia fajnie było by wiedzieć ile mam przewagi, ale tego nie wiedziałem do samego końca. Trasa pokrywa się z trasą 50 km i wyprzedzam co raz więcej ludzi, ( wystartowało ok 3 tys na dystansie 50 km) na długim podbiegu staram się jak najwięcej biegać, nie jest łatwo, ciągle się mobilizuje do walki bo myśliwy może być tuż za mną. Na ostatnim podejściu i ostatnim km nogi już mam sztywne ale walczę do końca. Doping kibiców jest niesamowity, ale za mną kibicują komuś jeszcze bardziej…i tu myśli moje już mi dają znać ze drugi zawodnik leci za mną… Jest myśliwy -ale się nie daję – walczę do końca i każde 100 m odliczam, ale doping się zbliża do mnie i ostatnie 300 m wrzucam sprint. Wygrywam złotą klamrę – i całe zawody.

Następny zawodnik przybiega 10 min za mną, ten doping który mnie tak gonił to był fałszywy alarm po prostu w tej rzece ludzi z 50 km ktoś miał całą rodzinę wśród kibiców i tak mi stracha napędził. Na samą metę musze wbiegać drugi raz bo organizatorzy mnie nie zauważyli😉 Jestem zadowolony z tych zawodów, bo zachowałem zimną krew do końca, myśliwy mnie nie dogonił i mam złotą klamrę.

Kolejny tydzień zostajemy z Basią w Sydnej i zwiedzamy okoliczne parki narodowe, Sydney Operę, miasto, robię trening i pogawędkę dla grupy biegaczy z Google Australia. To był świetny czas i będziemy go wspominać ciepło. Może kiedyś tu  wrócimy…